Ostatni bartnicy Europy, których spotkałem

Książka Ostatni bartnicy Europy, których spotkałem jest autorskim zapisem podróży znanego fotografa, profesora łódzkiej „Filmówki”, Krzysztofa Hejkego, podróży, która trwa… Jest opowieścią o bartnikach, a zarazem hołdem złożonym przez autora – jak sam mówi – odwiecznym tłumaczom życia pszczół. Na ślad bartników Krzysztof Hejke trafił dość niespodziewanie: w roku 2006, gdy podczas kolejnej wyprawy na Kresy Wschodnie w poszukiwaniu świadectw życia Polaków na Wschodzie, przemierzał ziemie Polesia. Wtedy właśnie, w nieckach poleskich rozlewisk, dostrzegł pnie, zawieszone wysoko pod koronami drzew, a po chwili mężczyznę, który uwieszony na cienkiej linie, odprawiał tajemny obrzęd. Urzeczony widowiskiem, cierpliwie doczekał końca spektaklu i kiedy bartnik zszedł na ziemię, zaczął z nim rozmowę… Do kolejnych swoich rozmówców autor powracał już regularnie. Gościnnie otwierali przed nim swoje domy, skromne, zaszyte zwykle pośród bujnej roślinności, nierzadko na malowniczych wyspach, obok bagien, w lasach…

bartnicy_sm2Od Polesia do Kamczatki
Śladami bartników Krzysztof Hejke prowadzi nas nie tylko po Kresach: dociera też na Kamczatkę i Syberię, bo nawet tam, rozkazem sowieckiej władzy, kazano żyć nie tylko ludziom, ale – jak się okazuje – również pszczołom. Wiedzę o pszczołach „nieludzka ziemia”, zawdzięcza właśnie skazańcom (niewykluczone, że polskim), którzy znając tajniki chowu owadów, potrafili zakładać pasieki również w krainie śniegu, co – dla nich, posiadaczy wiedzy tak rzadkiej – częstokroć oznaczało ocalenie. W książce znalazła się także opowieść o Kumandyjczykach, rdzennych mieszkańcach Ałtaju, jedynym narodzie Syberii, który na przełomie XIX i XX wieku zajmował się bartnictwem.

Czar Polesia
Zgodnie ze współczesną mapą Europy, album podzielono na cztery części: Polskę, Białoruś, Ukrainę i Litwę; naprawdę jednak bohaterami opowieści Hejkego są przede wszystkim bartnicy polescy, bo to na Polesiu profesja dotrwała do naszych czasów w niemal niezmienionym kształcie. Wprawdzie dzisiejsze Polesie nie jest już krainą tak czarowną jak przed sowiecką pożogą, która bezdusznie wydała wyrok na całe połacie lasów, zasypała bagna, poprzecinała szlaki wodne, to ciągle jeszcze pohukują tu sowy, postrzykują orliki, piszczą myszołowy, a po bagnach przemykają wnykarze, ,,staruchy”, szeptuchy i… bartnicy. W historii bartnictwa ta ziemia zapisała się zresztą osobliwie również z innych powodów: tylko tu do wciągania kłód na drzewo używano bartnego koła; tylko tu miód pozyskiwano również na terenach należących do nekropolii, do świata umarłych. Do dziś na Polesiu z pomnikami nagrobnymi sąsiadują drzewa z sylwetami bartnych kłód lub barciami. Ta przedziwna koincydencja światów, wzajemne przenikanie przestrzeni żywych i umarłych jest osobliwością krainy. Cmentarny miód od zawsze pozbawiony jest tu jednak odium śmierci. Jego podbieranie na terenie nekropolii nie budzi oporu, w przeciwieństwie do zbierania grzybów i jagód – co zawsze traktowano jako rzecz naganną. A kradzież miodu z cmentarza, podobnie jak z lasu, karano śmiercią.

W niszy tradycji
Rozmówcy Krzysztofa Hejkego to głównie ludzie, którzy przyznają się do polskich korzeni, choć wielu z nich pisze i czyta jedynie po rosyjsku, bo dorosła część ich życia przypadła na czasy, gdy Polesie znajdowało się pod protektoratem Moskwy. Ale nieobca im też natura Poleszuka. Jeszcze w roku 1939, większość mieszkańców krainy, na pytanie o narodowość odpowiadała: „tutejszy”, bo Polesie odciska na osiedleńcach własne piętno, stygmatyzuje ich sobą. To dlatego Poleszuki całe wieki wymykają się jednoznacznym identyfikacjom narodowościowym. Kim zatem są? Ludźmi wiernymi prawom natury, nieśpiesznymi… W ich opowieściach ciągle przewija się duch miejsca. Za nic mają cywilizację: trzymają pszczoły, podbierają miód, pieką chleb, łowią ryby, wyrabiają świece, wyplatają kosze, robią wędliny, hodują zwierzęta, uprawiają ziemię, zbierają zioła, żurawiny, grzyby… Posłuszni odwiecznemu rytmowi przyrody, z pokorą przyjmują wyroki losu. Nie kuszą ich podróże. W większości to ludzie wiekowi, o wyjątkowej sprawności fizycznej, pogodnym usposobieniu, ogorzałych twarzach, dłoniach, znających trud życia. Ich majątkiem są skromne domostwa, proste, uczciwe życie, jasne spojrzenia. Czasem wspomną o szlacheckim rodowodzie, choć dziś, po kataklizmie dziejów, o pochodzeniu zaświadczyć może jedynie nazwisko, jakiś nadwątlony dokument lub rodzinna pamiątka,  pieczołowicie przechowywana w płóciennej chuście, zwanej tu rucznikiem. Pieniądze, dystynkcje, maniery dawno już stracili…

Uczciwy jak bartnik
W granicach Polski bartnictwo przetrwało prawie dziewięćset lat. Złote lata stara profesja przeżywała w średniowieczu, bo miód i wosk były wtedy towarami eksportowymi. Okazałe kłody na Polesiu, Kurpiach, w Puszczy Białowieskiej, wsparte o pnie sosen czy dębów, charakterystyczne dziuple, sylwetki bartników pod koronami wpisały się w pejzaż krain na kilka wieków. Upadek profesji rozpoczął się pod koniec osiemnastego stulecia, kiedy Rzeczpospolita uległa rozbiorom, a coraz większą popularność zyskiwało pasiecznictwo. Status bartnika był pochodną wartości miodu. Prawa bartników i ich pozycja w społeczeństwie zostały zaświadczone przez króla Kazimierza Wielkiego w pierwszej połowie XIV wieku (1347) w statutach wiślickich – najstarszej kodyfikacji polskiego prawa, a trochę później w trzech statutach litewskich (1529–1588), obowiązujących także w Polsce. W przeciwieństwie do Litwy, gdzie bartnictwem zajmowali się jedynie włościanie, bartnicy polscy pochodzili z różnych warstw społecznych i jako ludzie wolnego stanu cieszyli się licznymi przywilejami: mieli własne znaki bartne (ciosna), własne sądy, księgi, pieniądze, prawo noszenia broni, polowania i rybołówstwa; darzono ich powszechnym zaufaniem i szacunkiem. Musieli być ludźmi uczciwymi i przyzwoitymi, co weryfikowano każdego roku przez odnawianie bartniczej przysięgi. Kradzież miodu, z którego składano obowiązkową daninę, karano śmiercią.

Na przekór cywilizacji
Bohaterowie albumu Krzysztofa Hejkego daniny już składać nie muszą. Miód, który podbierają, jest podstawą ich pożywienia. Smarują nim chleb, słodzą herbatę, wodę, sprzedają na targu… Pszczoły chowają dlatego, by podtrzymać tradycję przekazaną im przez dziadów. Potrafią je wabić, znają ich zwyczaje, rozumieją mowę; mają własne tradycje, zaklęcia, tajemnice. Wszystkich łączy przekonanie, że pszczoły najlepiej chowają się wysoko nad ziemią, wolne od ingerencji człowieka. Łączy ich też sposób patrzenia na świat, etos, wywodzący się z przeświadczenia, że pszczołami może zajmować się tylko człowiek prawy i uczciwy. I pewnie przez myśl im nie przejdzie, że dla świata, zajętego głównie pogonią za sławą i zyskiem, ich postawa jest czymś równie niecodziennym jak zajęcie, które kultywują.

 

 

Wiktoria Tokarska

Copyright © 1997-2017 Gospodarstwo Pasieczne "Sądecki Bartnik" sp. z o.o. (dawniej Gospodarstwo Pasieczne "Sądecki Bartnik" Janusz Kasztelewicz)
Sądecki Bartnik na